Nikt z was nie zwrócił jeszcze uwagi na to, że wyższe wykształcenie uniwersyteckie jest dla nielicznych wartością samą w sobie - i dla tych nielicznych uniwersytety zostały powołane kilka stuleci temu do istnienia. Weźmy takie studia filozoficzne. Parę dekad temu w jednym roczniku było przeciętnie sześć osób, z czego trzech przychodziło na studia by zgłębiać historię filozofii. Obecnie w jednym roczniku jest co najmniej trzydzieści osób (bo w przeciwnym wypadku nie otworzą nowej grupy), z czego ciągle trzech przychodzi na studia po to, by zgłębiać historię filozofii. Pamiętajcie jednak, że takie jednostki, choćby skończyły na zmywaku w UK, sięgną z utęsknieniem pamięcią wstecz i powiedzą: "To były czasy! Dobrze, że poszedłem na te studia.", tak jak większość z nas wspomina okres studniówki i wakacji po maturze. Te ambitne osoby wcale jednak nie są skazane na taką perspektywę, to tylko najczarniejszy scenariusz. Co więcej, przez wszystkie lata swojej edukacji są szczęśliwi z powodu dostawania niemałych stypendiów naukowych, mają także szansę dostania się na stacjonarne studia doktoranckie (i perspektywę czterech następnych lat powiększonych stypendiów). Kto wie, niektóremu czasem się poszczęści i dostaje propozycję pracy na uniwersytecie, by mógł przełożyć swoje hobby na sferę życia zawodowego, tak jak niektórzy pisarze przekładają w końcu swoje zeszycikowe pasje na półki księgarni.
Dziwię się niemiłosiernie, że zdecydowana większość podchodzi do tych spraw jakby uczęszczali dwieście lat temu do cechu rzemieślniczego. Cóż, można by było sobie życzyć, aby przynajmniej przejawiali większe zaangażowanie do swego "rzemiosła". Nikt dawniej nie widział bandy czeladników, którzy całymi dniami zrywają obowiązki, by obijać się po karczmach... Niech mnie ktoś wyręczy i zechce poruszyć jeszcze kwestię mackdonaldyzacji wyższych uczelni, wiele wniesie to do dalszej dyskusji.
Użytkownik n i h i l i s t a edytował ten post 02 August 2011 - 20:42