cd..
Przyjęcie walki z Turkami mając za plecami szeroką rzekę było nader ryzykowne, w razie niepowodzenia uniemożliwiało odwrót. Z drugiej strony gwarantowało to zaporoskim sojusznikom, że Polacy i Litwini naprawdę zamierzają się bić i nie chcą się zasłonić kozackim kosztem.
Obrona Chocimia stanowi piękny przykład współdziałania polsko-litewsko-kozackiego. Przeszła do historii nie tylko Polski, ale i Ukrainy, a koło zamku chocimskiego stoi dziś pomnik narodowego bohatera Ukraińców Piotra Konaszewicza Sahajdacznego. Dla podtrzymania ducha wojska wiadomość o śmierci schorowanego hetmana Chodkiewicza zatajono, została ona dopiero rozgłoszona przez Turków, którzy jak się okazało, posiadali niemało szpiegów w polskim obozie. Warto wspomnieć, że w obronie Chocimia uczestniczył także 25-letni królewicz Władysław, późniejszy król Polski. Po tych zmaganiach wojennych stanął pokój, ale wiadomo było, że następna wojna z ekspansywnym imperium osmańskim musi znów kiedyś nastąpić.
W roku oblężenia Chocimia rozpoczęto w Kamieńcu Podolskim budowę nowego zamku zamykającego przesmyk, przylegającego do starej warowni. Stanowił go nowoczesny system bastionów przystosowany do walki z użyciem artylerii, umieszczone w nich kazamaty dawały schronienie obrońcom oraz pełniły rolę magazynów. Zamek ten odparł z powodzeniem szturmy kozaków w czasie powstania Chmielnickiego, a później stał się widownią walk wojnie tureckiej roku 1672.
W roku tym potężna armia turecka przeprawiła się przez Dunaj i przez Mołdawię ruszyła na północ. Dowodził nią osobiście sam sułtan Mahomet IV. W tym samym czasie, już po wypowiedzeniu wojny, zerwane zostały w Warszawie dwa sejmy i nie było komu ani za co szykować obrony. Król Michał Korybut Wiśniowiecki, syn kniazia Jaremy, niestety nie dorównujący ojcu, zajęty był sporami z przeciwnikami politycznymi. Turcy zaś przekroczyli granicę na Dniestrze i w sierpniu stanęli pod murami Kamieńca. W międzyczasie pod Żwańcem przeszli na ich stronę Lipkowie, czyli litewscy Tatarzy.




Twierdza nie mogła sprostać przewadze armii tureckiej, dysponującej najlepszą techniką wojenną tamtej doby. Potężna artyleria siała spustoszenie w mieście niszcząc domy i umocnienia. Obroną skazanej na klęskę twierdzy dowodził starosta podolski Mikołaj Potocki, jednakże niektórzy pamiętnikarze podają jako faktycznego dowódcę pułkownika Jerzego Wołodyjowskiego, niezrównanego zagończyka i kawalerzystę, który jak się okazało także dzielnie dawał sobie radę przy obronie fortyfikacji. Ów Wołodyjowski, w odróżnieniu od bohatera „Trylogii”, nie ożenił się z młodziutką i zadziorną panną Basią znaną z kart powieści, lecz z czterdziestoletnią Krystyną Jeziorkowską, wdową po trzech mężach. Nie towarzyszyła mu też ona podczas oblężenia, lecz przed przybyciem Turków opuściła miasto. Po śmierci Wołodyjowskiego wyszła za mąż, już po raz piąty, tym razem za pisarza ziem podolskich Franciszka Dziewanowskiego.
Po tygodniu walk, gdy znaczna część warowni legła w gruzach zniszczona ogniem artylerii, a dalsza obrona nie rokowała szans powodzenia, wysłano parlamentariuszy. Twierdza skapitulowała, a załoga i kto tylko chciał mógł opuścić miasto. Okolicznym ziemianom zagwarantowano nietykalność dóbr i osób. Po kapitulacji Wołodyjowski siedząc na koniu szykował wojsko do wymarszu, kiedy nastąpił wybuch prochu zgromadzonego w zamkowych piwnicach, co pociągnęło za sobą śmierć około ośmiuset żołnierzy, którzy bardzo przydaliby się Rzeczpospolitej w dalszej wojnie. Zginął i Jerzy Wołodyjowski, któremu lecący kamień lub kartacz wyrwał część czaszki. Jego zwłoki złożono w podziemiach kościoła franciszkanów, gdzie przez ponad ćwierć wieku czekały na powrót Kamieńca do Rzeczpospolitej. Prochy prawdopodobnie podpalił dowódca artylerii zamkowej Hekling, rodowity Niemiec z Kurlandii, protestant, który nie mógł przeboleć utraty twierdzy.




Zawarty w Buczaczu traktat z Portą oddawał Turcji Podole, Ukrainę zaś odstępował Kozakom, jako poddanym sułtana. W następnym 1673 roku armia turecka pod wodzą Husseina Paszy wyruszyła z Adrianopola nad Dunajem w kierunku Polski. Tym razem jednak sejm uchwalił podwyższone podatki na zaciąg 31 tys. żołnierzy w Koronie i 20 tys. na Litwie. Dowodzone przez hetmana Jana Sobieskiego wojsko przekroczyło Dniestr przechodząc na mołdawską stronę rzeki.
Po długim marszu dotarło od południa pod Chocim, gdzie stacjonowała armia Husseina Paszy, grożąc Turkom odcięciem drogi do kraju. Przyjęli oni bitwę okopując się w starym obozie Chodkiewicza, mając za plecami rzekę i most przez który mogły nadejść posiłki z nieodległego Kamieńca. Przez całą listopadową noc, przy lodowatym wichrze i padającym deszczu ze śniegiem obie armie stały naprzeciw siebie. Turcy gorzej znieśli tę próbę i nad ranem masowo opuszczali stanowiska. Świtem, po salwie dział, na ich przerzedzone szeregi uderzyła piechota Sobieskiego, a po przekopaniu wałów jazda wdarła się do obozu. Rozmiar klęski tureckiej powiększyło załamanie się mostu, po którym usiłowali uciekać niedobitkowie. Klęska turecka była całkowita, dwa wieki później Karol von Clausevitz uważał zwycięstwo chocimskie za największe z osiągnięć wojennych Jana Sobieskiego. Zwycięstwo polskie ostudziło na jakiś czas zapał wojenny Turcji, jednak Podole nadal pozostało w jej ręku.
Dziś na wysokim prawym brzegu Dniestru wznosi się kamienny zamek z XVI wieku. Jest zrujnowany, ale trwają w nim prace remontowe chroniące go przed dalszym niszczeniem. Wokół niego, w obozie otoczonym ziemnymi wałami, rozegrały się obie bitwy. Olbrzymi obszar wokół zamku otoczony bastionowymi fortyfikacjami mógł pomieścić całą armię. Turcy, panujący tu przez dziesięciolecia, umacniali oraz rozbudowywali twierdzę aż do końca XVIII wieku. Teraz w ciepłe dni sporo ludzi przychodzi tu na majówki, na zamkowym dziedzińcu miejscowa młodzież kopie piłkę. Przy głównej bramie rozległej twierdzy, której strzeże pomnik Konaszewicza Sahajdacznego, znajduje się parking oraz budka, w której sprzedawane są bilety. Przez pozostałe bramy wejść można zupełnie bezpłatnie.