od jakiegoś czasu zastanawia mnie pewna kwestia...
Matura ustna w dzisiejszych czasach jak wszyscy wiemy to nie oszukujmy się - jedna wielka parodia. Przynajmniej część ustna z języka polskiego. Wystarczy wziąć od znajomych pracę/kupić ją w internecie/napisać (co ostatnio nie jest już tak popularną metodą jak kiedyś), nauczyć się pracy na pamięc i wyrecytować ją przed komisją, aby dostać upragnione 20 punktów.
Załóżmy, że pewien uczeń wziął pracę od znajomego, który rok wcześniej dostał za nią 20 punktów.
Wchodzi do sali i pomimo niezbyt przyjaznej atmosfery z uśmiechem na twarzy pewnie mówi to, czego się nauczył. Pomimo nieprzyjemnych uwag pani przewodniczącej
Po krótkiej przerwie dowiaduje się, że uzyskał całe 8 punktów za tę samą pracę która rok wcześniej dostała maxa. Uśmiech znika
Po jakimś czasie dochodzi do wniosku, że oceny uzyskane na nowej maturze ustnej, mającej w obecnej formie być egzaminem ocenianym superobiektywnie, to kwestia pogody, klimatu i focha pani egzaminatorki, która nasłuchała się w pokoju nauczycielskim plotek na jego temat...
Czy ktoś zechciałby się do tego ustosunkować? :>

Logowanie
Rejestracja
Pomoc















